Napisać, że to nie był najlepszy mecz w wykonaniu Czerwonych Diabłów, to jakby nic nie napisać. Diabły dały się dziś poobijać jak początkujący bokser, a goście wykorzystali to bez litości i co chwila okładali raz z lewej, a raz z prawej strony zamroczonych od ciosów gospodarzy.

Red Devils Chojnice – Malepszy Leszno 1:7 (0:3)

Bramki: 0:1 Kacper Konopacki (2), 0:2 Kacper Konopacki (6), 0:3 Piotr Pietruszko (19), 0:4 Sebastian Wojciechowski (22), 1:4 Przemysław Laskowski (33), 1:5 Piotr Pietruszko (33), 1:6 Mateusz Lisowski (36), 1:7 Hubert Olszak (40).
Red Devils: Kevin Kollar, Sebastian Kartuszyński – Łukasz Sobański, Andrii Burdiuh, Mykyta Storozhuk, Przemysław Laskowski, Alex Arriazu, Kristan Medon,, Patryk Laskowski, Robert Świtoń,, Marvin Perkovic.

Każdą relację meczu Red Devils można zacząć tak samo. Przespany początek i ogromne kłopoty z wyjściem z połowy przy pressingu drużyny przeciwnej, a do tego błędy i kiwki przy wyprowadzeniu piłki, które kończą się stratą goli. Nie inaczej było też dziś w spotkaniu z drużyną z Leszna.

Już po kilku minutach gry, po dwóch trafieniach Kacpra Konopackiego, zespół z Leszna prowadził 2:0. Dwa ciosy lekko obudziły Red Devils i przez kilka kolejnych minut mecz się wyrównał, ale przed przerwą Piotr Pietruszko chyba zabrał gospodarzom nadzieje na dobry wynik. A na pewno zrobił to zaraz po przerwie Sebastian Wojciechowski, który podwyższył na 4:0. Diabły próbowały zmienić niekorzystny wynik, ale mieli ogromne problemy z wyprowadzeniem dobrej, skutecznej akcji, a jednocześnie zapominali o obronie i zostawiali przyjezdnym szeroką autostradę do bramki Kevina Kollara. Ten dwoił się i troił między słupkami, ale jego ofiarne interwencje na nic się zdały. Jedynie spowodowały, że wynik nie był jeszcze wyższy. Co prawda w 33. min. Przemysław Laskowski po podaniu brata Patryka zmniejszył chwilowo rozmiary porażki, to końcówka i tak należała do przyjezdnych. Ponownie Piotr Pietruszko, a następnie Mateusz Lisowski i Hubert Olszak pogrążyli dziś słabo grających gospodarzy.

Po meczu trener Oleg Zozylua przyznał, że decydujący dla losów meczu był początek, gdy goście objęli dwubramkowe prowadzenie, a jego zespół zagrał słaby mecz i nie walczył tak, jak zawsze.

Tekst i foto: Olek Knitter